"Historia Polski to historia rodzin" - wywiad z Barbarą Pasternak (Kromin)

Barbara Pasternak jest projektantką konstrukcji, pracującą w Biurze Inżynierskim STRUKTURY. Jedną z jej największych pasji jest genealogia. Pani Barbara od wielu lat buduje swoje drzewo rodzinne, a zebrane historie o dalszych i bliższych krewnych opisuje w książkach (wydawanych pod panieńskim nazwiskiem: Kromin).


Poznaliśmy się podczas warsztatów Genealogia – wyjątkowa historia każdego z nas,  w bibliotece na Rajskiej. Jakiś czas później spotkaliśmy się ponownie i pani Barbara opowiedziała nam więcej o swoich poszukiwaniach.

 

 

Jak to się zaczęło? Kiedy zdecydowała się Pani rozpocząć poszukiwanie swoich korzeni?

Nie zdecydowałam, to nie była decyzja. Mam kuzynkę w Warszawie, teraz już pod Warszawą, w Nieporęcie. Jeździłam do niej z moją małą córeczką raz do roku, na kilka dni. Spędzałyśmy czas, obgadując z Marysią rodzinę. Zwracano nam uwagę:

- Przestańcie obgadywać, bo to nieładnie.
A my odpowiadałyśmy:
- "Obgadujemy", dlatego, że właściwie niewiele o tej rodzinie wiemy, więc musimy obgadać to, co nas interesuje.

Dzieci w pewnym momencie zaczęły się pytać:
- Ciociu, ciociu – a właściwie, to jaką my jesteśmy rodziną?

Wiedziałyśmy, że łączy nas rodzina mojego ojca i rodzina matki Marysi. Ale… Bez większych szczegółów! Wiedziałyśmy też, że mama Marysi jest kuzynką mojej babci. Czyli było tam takie przesunięcie pokoleniowe, bo my jesteśmy w podobnym wieku. Wtedy zaczęłam zbierać informacje.


Moja babcia mieszkała w Białymstoku. Jeździłyśmy z siostrami do niej na wakacje. Każdy pobyt zaczynał się od przeglądania fotografii w babci albumie. Gruby album, teraz już ponad stuletni, miał swoje miejsce na bocznym stoliku. Babcia widać, często go przeglądała. Oglądałyśmy te wszystkie fotografie. Po latach nie pamiętałam, kto na nich jest. Album trafił po śmierci babci do mojego ojca, jest teraz w Krakowie. Ojciec był jedynakiem, odziedziczył spuściznę rodzinną – właśnie ten album. Czasem ktoś się tym albumem zainteresuje, młodzież, niestety coraz mniej.

Kieruje mną ciekawość, świadomość, że mało wiemy. Idziemy na cmentarz w Dniu Wszystkich Świętych, odnajdujemy groby rodzinne, czyścimy je, zapalamy świeczki. Ale czy zastanawiamy się, kto tam leży? My, moje pokolenie – troszeczkę. Nie miałam możliwości poznania dziadków. Ale pokolenie moich dzieci nie wiedziałoby, jak wyglądali dziadkowie, czy pradziadkowie. A przecież tacy jesteśmy, jak nas oni stworzyli. Przekaz następuje z pokolenia na pokolenie i to właściwie im zawdzięczamy to, że jesteśmy wykształceni, że nas rodzice posyłali do szkół, a nie kazali iść do pracy po skończeniu czwartej klasy.

Mam umysł analityczny, nie wystarczała mi wiedza, którą posiadałam. Zaczęłam się interesować, zaczęłam szukać. Komputer niewątpliwie bardzo pomaga w porządkowaniu zebranych materiałów – można sobie wszystko poukładać, powklejać zdjęcia. Poza tym sporo poszukiwań można zrobić przez internet, a także skontaktować się z osobami, które mogą mieć potrzebne informacje. Ale przede wszystkim musi się chcieć. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ile czasu to zajmuje. Policzyłam lata. Zbieram informacje o rodzinie już ponad 20 lat.

I tak to się zaczęło.

A jak daleko udało się Pani dotrzeć? Do którego wieku? Do którego pokolenia?

Zaraz Panu pokażę. Wszystkie informacje o rodzinie ojca zebrałam w książce „Album babci Janiny”. Moja prababcia, Aleksandra, matka babci Janiny, była z domu Łada. To jest osoba, która mnie łączy z kuzynką Marysią. Dziadek Marysi, Bogumił był najmłodszym bratem Aleksandry. Poszłam więc ich śladem. Tu jest nasze drzewo genealogiczne, które jest załącznikiem do książki. Archiwalnie potwierdzone jest do roku 1780 roku, do Szymona Łady.  Ale sam początek, to, co ma datę od XIII wieku, mój ojciec określa „bajeczkami Basi”. Dotarłam przez internet do publikacji Alojzego Łady z 1935 roku o Ładach i o pochodzeniu nazwiska Łada. Przepisałam to w mojej książce. Bardzo pasowało! Jest to o nadaniach ziem książęcych za zasługi. Pełko przyjął nazwisko Łada. Do dziś przy nazwisku Łada przetrwały trzy konary rodziny. Wciąż jeszcze istnieje w spisie miejscowość – wieś Łada, leżąca w granicach Osiedla Raszyn, stołecznego miasta Warszawy. Druga linia rodu osiadła na ziemi czerwińskiej w dobrach Łady. Trzecia linia w pobliżu Łomży i na Rusi Czerwonej. Moja rodzina pochodzi właśnie z okolic Łomży. Trzy konary tej samej rodziny – w mojej książce jest to opisane. Ten nasz konar spod Łomży stał się szlachtą zagrodową, biedaczkami z pełnymi prawami szlacheckimi. Bardzo sympatycznie. Pieczętowali się herbem Jastrzębiec.  Postanowiłam tę historię włączyć do drzewa i mojej książki.


Powoli łapałam połączenia między członkami rodziny – za pomocą archiwum i przekazów rodzinnych. Każdy coś pamiętał z opowiadań. Odwiedzałam też kościoły. To był zabór rosyjski,  zapisy były cyrylicą. Niewiele tam znalazłam. Połączyłam to wszystko i powstało całkiem rozległe drzewo genealogiczne. Dzięki moim poszukiwaniom do znanej nam rodziny, dodałam drugi konar. Tych najbliższych znałam, ale z tego drugiego konaru – nie. To znaczy: znałam kilka osób, ale myślałam, że to po prostu znajomi babci czy rodziców. Pojawiła się druga, duża część drzewa. Hania Czereyska dostarczyła mi informacje o tamtej części rodziny.
Byłam zaskoczona, kiedy zapytała:
- Skąd ty wiesz jak zginął mój ojciec?

Cóż, dzięki szukaniu w internecie i śledzeniu wojennych historii. Ona dowiedziała się dopiero z mojej książki. W „Albumie babci Janiny” pojawia się cały szereg osób. Tam znajduje się dużo luźnych historii, niekoniecznie związanych z samą babcią. Przecież nie miała bardzo bliskich kontaktów z wszystkimi! Część z nich to opisy, które dostałam od różnych osób i włączyłam je do całości. Babcia Janina pozostaje łącznikiem tytułowym – to, że się nimi zainteresowałam, to zasługa babci i jej albumu. Mogłam zebrać same zdjęcia, podpisać je, dodać datę i drzewo genealogiczne. Ale ja zaczęłam pisać opowiadanka, historie o rodzinie. Babcia Marysi, Brygida, była jedyną córką carskiego generała. Wyszła za Bogumiła Ładę, lekarza, Polaka. Mieli troje dzieci. Jeden z ich synów został ścięty w berlińskim więzieniu Moabit, jako szpieg angielski (miał wtedy 25 lat). Jego młodszy brat, wówczas szesnastoletni, został wywieziony do obozu koncentracyjnego. Brygida zginęła w powstaniu warszawskim. Bardzo ciekawe opowieści.


Ktoś mi kiedyś powiedział:
- Masz, o czym pisać, bo masz takie ciekawe osoby w rodzinie!

Śmiem twierdzić, że w każdej rodzinie jest mnóstwo ciekawych osób i oczywiście to o nich chce się pisać. O tych, które coś przeżyły, coś ciekawego wniosły. Niektórzy przez życie przeszli spokojnie i wtedy nie ma, o czym pisać.

Idziemy na cmentarz z rodziną córki. Czyścimy z mchu napisy na płycie nagrobnej. Kto tam leży? Ludzie koło trzydziestki nie interesują się tym jeszcze, ale zaczną – może kiedy mnie już nie będzie, może gdy będę za stara, by to kontynuować. Pokazuję zdjęcie osób leżących tam, z czasów, gdy byli piękną, młodą parą.

W tej książce jest ciekawa historia, z czasów, gdy pisałam blogi – jeden mi nie wystarczał. Tak się wprawiałam w pisaniu. Kilka lat temu, przed dniem Wszystkich Świętych zamieściłam dwa zdjęcia dwóch par małżeńskich. Podpisałam: „Miłość dana na krótko”. Bo rzeczywiście: Jedni byli małżeństwem tylko 10 lat i wuj zmarł (w 1950 r.). Drugie zdjęcie z tym samym podpisem. To było jeszcze krócej, kilka miesięcy. Siostra mojej babci, tuż po wojnie, z końcem grudnia 1945 roku wyszła za mąż. Niedługo później jej mąż zginął podczas rozgruzowywania Warszawy – kamienica się na niego zawaliła. Ciocia została już sama. Znałam ją. Przez długi czas uczyła obcokrajowców języka polskiego na uniwersytecie w Łodzi. Zmarła 40 lat temu.
Moja siostra, mieszkająca w Puławach, opiekuje się grobem naszych pradziadków, rodziców cioci w Lublinie, na cmentarzu przy ulicy Lipowej. Zadzwoniła do mnie kilka dni po tamtym dniu Wszystkich Świętych z pytaniem:

- Czy nie masz jakiegoś zdjęcia cioci Irenki?
- Czy chodzi ci o to, które zamieściłam na moim blogu?
- Jaki blog? Ja w ogóle nie wiedziałam, że ty masz bloga!”
- To o co ci chodzi?
- Zadzwonił jakiś obcy mężczyzna. Dotarł przez cmentarz (było Wszystkich Świętych). Potrzebował zdjęcia, bo organizowano wystawę w Lublinie. Nie wyjaśnił, jaką, ale potrzebuje  szybko, bo otwarcie niedługo. W tym naszym dużym albumie jest takie zdjęcie cioci już sześćdziesięcioletniej, ciemna sukienka, jasne korale. Dzwonię do taty, żeby je wyjął, zeskanował i wysłał mailem. A on twierdzi, że takiego zdjęcia nie ma. Mówię:
- Jest, jest na pewno.

Sprawdził kilka razy, nie było zdjęcia. Co zrobiłam? Odcięłam od zdjęcia ślubnego męża cioci i tak wysłałam ciocię na wystawę. Ciocia z kwiatami, ale nie w białej ślubnej sukience z welonem. Po kilku dniach dostałam zdjęcia z wystawy. Ciocia była tam najważniejszą osobą. Wtedy  dopiero dowiedziałam się, że to właśnie ona, Irena Różycka, stworzyła instytut języków obcych na uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Nie był to koniec. Wciąż myślałam, dlaczego umieściłam to zdjęcie? Przez 40 lat nikt się nie interesuje ciocią, a tu nagle wszyscy. Kilka dni potem dzwoni mój tata i mówi, że tamto zdjęcie jednak jest. Przyszło mi na myśl, że jakoś cioci pomogłam, bo to ona chciała się dostać na wystawę i do tego nie stara, a młoda, z kwiatami. Niedługo później zadzwoniła moja kuzynka.

- Słuchaj, znalazła się część rodziny, o której mało wiedzieliśmy.
- Czy w Łodzi?
- A skąd wiesz?
- Bo ciocia Irenka się uaktywniła.

„I czy ktoś mi w to uwierzy?” napisałam na końcu tego rozdziału. No bo trudno w to uwierzyć! Piszę takie rzeczy. Są prawdziwe,  a przy tym ożywiają książeczkę.


Równie dziwną historię mam w drugiej książeczce, którą zatytułowałam „Jadzia”. Ta książka traktuje o rodzinie mojej mamy. Trudno, żeby było niesprawiedliwie, prawda? Tu dokopałam się do 1850 roku i koniec. Rodzina szeroka, potomkowie dziewięciorga dzieci, ale płytko osadzona.

Zacznę od końca tej książki. Mój dziadek, którego nie znałam, bo zginął w 1939 roku, walczył podczas I wojny światowej, był w Legionach. Poszedł do Legionów jako młody chłopak, dwudziestodwuletni. Śledząc drogę wojenną dziadka zbierałam dużo informacji. Kiedy chodziłam do szkoły, nie uczono nas o I wojnie światowej na wschodzie. Na zachodzie – tak, wszystkie bitwy. Na wschodzie nic. Kilka lat temu na blogu historyka i dziennikarza Jacka Kachela z Bielska, sprostowałam informację, że mój dziadek zginął podczas I wojny. W zeszłym roku na Facebooku dostałam wiadomość tej treści:
- „Jeśli pani jest tą Barbarą Pasternak, której szukam, prowadzącą dochodzenie internetowe, to mam dla pani wiadomość”.

Napisała nieznana mi pani Aleksandra ze Sztokholmu. Kiedy potwierdziłam, poprosiła, żeby zajrzeć na jej stronę ze zdjęciami. Zaglądam i znajduję wpis mojego dziadka do pamiętnika babci tej pani, w czasie, gdy jej babcia była małą dziewczynką. Dziadek stacjonował u nich w domu. Niech mi ktoś powie, że to nie jest cudowna metoda zbierania informacji o rodzinie!
Była to Wielkanoc, miałam następnego dnia na obiedzie gości.

- Patrzcie, co dostałam - i pokazuję ten wpis. Na co moja siostra:
- Popatrz, jaki zbieg okoliczności, Adam (jej syn) właśnie jutro leci do Sztokholmu.
- Świetnie, to weźmie książkę dla pani Aleksandry.

Poleciała książka od razu, a ja napisałam do tej pani:
"Leci do pani posłaniec, prawnuk mojego dziadka, który ma tę samą datę urodzenia, co jego pradziadek – tylko sto lat później".

Przypomniałam sobie przy tej okazji rok 2014. Siedziałam wtedy u mojej siostry, naprzeciwko, przy stole  siedział Adam. Mówię do niego:
- Adam, czy ty masz świadomość, że sto lat temu twój dziadek, w twoim wieku, lat 22, wyruszał na wojnę?

 A on odpowiada:

- Ciociu, gdyby trzeba było, też bym poszedł.
- Adam, co ty mówisz? Przecież nikt cię na żadną wojnę nie wysyła.

Aż mi się dziwnie zrobiło. Ale potem pomyślałam, że jego pradziadek też się na wojnę nie wybierał, ale trzeba było iść i poszedł.


Historyjki, które nawzajem się zazębiają, są dla mnie niesamowite. Znalazłam sobie kuzynkę właśnie z rodziny mamy. O, tutaj mam jej zdjęcie. Kiedyś zapytała:
- Dlaczego jesteśmy do siebie takie podobne?

 Jesteśmy prawie rówieśniczkami, ona jest trochę młodsza, też nazywa się Basia. Przedstawiałam ją całej rodzinie, kuzynowie zjechali się, żeby ją poznać. Znalazłam ją przez Facebooka. Szukałam po nazwisku, bo nazwisko – Łaszczok – jest rzadkie, w Polsce nosi je około 40 osób. Wybrałam kilka osób na Facebooku i wysłałam im zaproszenie. Ona tylko odpowiedziała. Zapytała:

- Czy my się znamy?
- Nie, nie znamy się, ale nosi pani to samo nazwisko, co moja nieżyjąca już mama, a ja jestem wnuczką Jana Łaszczoka z Czechowic-Dziedzic.

Po godzinie odpisała, że bardzo się wzruszyła:
- Jestem wnuczką Wiktora, brata Jana.

Moi dziadkowie zmarli, kiedy mama (tytułowa Jadzia) miała czternaście lat. Babcia zmarła w 1939 w lutym, dziadek zginął we wrześniu – ja po prostu nie znałam rodziny! A w tej chwili mam kuzynkę, dzięki właśnie poszukiwaniom. Bardzo się przyjaźnimy.

A proszę popatrzeć na te zdjęcia:


Olbrzymie podobieństwo.

Dwie młode kobiety, ubrane i uczesane podobnie. Dzieli je 62 lata. Jedna z nich to moja mama, druga to skrzypaczka, Maria Łaszczok, obecnie Gawrońska – wnuczka brata mojej mamy. To również jest efekt moich poszukiwań. Zobaczyłam ją na koncercie, tak uczesaną, w sukni czarnej. Zapytałam ją potem:
- Czy ty wiesz, do kogo jesteś podobna?

Szukanie rodziny, to nie tylko szukanie zdjęć, dat, ale też znajdowanie powiązań. Tu jest album, który powstał na podstawie książki o rodzinie mamy. Teraz robię taki sam na podstawie „Albumu babci Janiny”. Co jest najlepsze – dzięki tym książkom uaktywnia się rodzina. Teraz dostałam świadectwo maturalne mojej babci, duże, ładne, z wieloma przedmiotami, których teraz już nie uczą. Ja to zbieram w jedno miejsce i dopisuję wciąż nowe informacje. Zaraz ukażą się następne wydania, już poszerzone.

Jak pani szuka kolejnych przodków? Na początku oczywiście rozmowy z rodziną, album, ale potem już musiała pani sięgnąć do archiwów państwowych, parafialnych?

Tak, sięgnęłam. Ale muszę powiedzieć, że w tej chwili mam problem, bo wyczerpałam swoją wyobraźnię, nie powiem możliwości, tylko wyobraźnię. Kiedy byłam na spotkaniu na Rajskiej, jedna z pań podpowiedziała mi, żeby szukać w cechach zawodowych. Przejrzałam, ale problem polegał na tym, że o czterech rzeźnikach z Łomży z końca XVIII, początku XIX wieku, już wiedziałam. Oni wywodzą się z tej szlachty zaściankowej, która dopiero przybyła do Łomży i wcześniej nie ma nic. W takich przypadkach zaglądam do historii, dopisuję sobie tło historyczne, opisuję co to była szlachta zaściankowa. Potem piszę, co się działo podczas I wojny światowej, kiedy wywożono ludzi z zaboru rosyjskiego na wschód, trafiali do Kazachstanu – zresztą to samo działo się podczas II wojny światowej. Sprawdzam okoliczności, szukam nazwisk – wcześniej udawało mi się je znaleźć, teraz już niestety nie znajduję nic nowego.
 
W tej chwili jestem na takim etapie: wydaję te książeczki i rozprowadzam je po rodzinie, prezentuję je kuzynostwu dalszemu, bliższemu – próbuję ich w ten sposób rozruszać. Może uda mi się kiedyś zorganizować duży zjazd rodzinny. Raz już próbowałam – przyjechało 20 osób. Pozostali: albo mają za daleko, albo nie są zainteresowani. Może to kwestia finansowa. Pierwsza próba nie wyszła, może dlatego, że robiłam to sama. Może trzeba zebrać komitet organizacyjny, może bardziej zachęcić. Nie wiem. Wydaje mi się, że to, iż udało się zebrać te wszystkie informacje i stworzyć jedno drzewo genealogiczne na ok. 200 osób, a drugie na ok. 150 to już sporo.


Ludzie są teraz rozrzuceni po świecie. Moja siostrzenicę, ma córeczkę, która ma już niemieckie nazwisko – Mina Becker. Część rodziny mieszka za granicą, trudno ich wszystkich zgarnąć. Natomiast samo to, że mam informacje, zdjęcia, Facebook bardzo pomaga – to się liczy. Wielu ludzi mówi:
- Po co ci ten Facebook, to jest takie niebezpieczne.
Ja uważam, że to jest potrzebne, dzięki temu ma kontakt z całą młodszą częścią rodziny – oni mają konta, moi rówieśnicy nie. To mi bardzo pomaga w szukaniu rodziny – to, fora internetowe, blogi. Trochę się obawiam szukać przez budowę drzewa genealogicznego online. Nie wiem, jaki byłby tego efekt. Może powstałyby nowe gałęzie? Na razie mam domknięte dwie książki, pracuję nad drugim albumem na papierze kredowym, który jest efektowniejszy od takiej zwykłej publikacji.

To jeszcze na koniec – czy może pani dać jakąś radę dla ludzi, którzy chcieliby zacząć szukać swoich przodków?

Nic nie pomoże, jeśli zabraknie cierpliwości. Nie można założyć sobie, że duże drzewo powstanie podczas kilku miesięcy, roku. To trzeba potraktować jak kolekcjonerstwo. Mój szwagier, historyk sztuki snuje się po antykwariatach. Odkąd pamiętam, przyjeżdża do Krakowa i na przykład chwali się, że udało mu się znaleźć jedną karteczkę. Na tym to polega – cały czas próbować. Napisać do archiwum, bo teraz można to załatwić mailowo, i czekać, co znajdą.

Pojechałam 15 lat temu do Łomży, do archiwum i spytałam się o wuja taty, czyli brata mojej prababci, który był pułkownikiem najpierw w wojsku carskim, a po odzyskaniu niepodległości był jednym z budujących polską armię dobrze wyszkolonych oficerów. Ciekawa postać, był też w zarządzie miasta Łomży przed wojną. Kiedy spytałam o pułkownika Bronisława Ładę, odpowiedziano mi, że pół miasta to Ładowie. Ale po miesiącu dostałam list z mnóstwem informacji, m.in. ze świadectwem ślubu mojej prababci Aleksandry.


Czasem piszę coś na jakimś portalu, ale nie mam odpowiedzi. Ale skoro po poście na stronie Jacka Kachela dostałam odpowiedź po dwóch latach, to trochę poczekam, na te, które wrzucam teraz. Znalazłam informację na portalu turystycznym na temat pałaców na wschodzie. Pisali, że w okolicach Kijowa znajdują się pałace polskie, przedwojenne. Ale jeden z pałaców, piękny neogotyk był własnością rosyjskiego generała. I nie wiadomo, co dalej z rodziną – teraz jest tam ośrodek leczenia z narkomanii. Dopisałam tam, że właściwie to jest spuścizna polska, bo córka generała wyszła za polskiego lekarza, żyła w Warszawie, zginęła w powstaniu. Jej córka dożyła 90. lat, znałam ją, niedawno zmarła. Napisałam też o synach. Napisałam, sprawiło mi to przyjemność... Po prostu dobrze znać przeszłość.
Znać korzenie i wiedzieć, że członkowie rodziny uczestniczyli w tworzeniu historii. Historia Polski to historia rodzin. Te rodziny walczyły, ginęły, rozpadały się – stąd trudno prowadzić poszukiwania.

Siedziałam kiedyś w restauracji z koleżanką. W pewnej chwili powiedziała:

- Ty masz dobrze, bo masz w rodzinie tyle osób, które łatwo znaleźć w historii.
- Wcale to nie takie proste - odpowiedziałam. - bo to nie są osoby z podręczników. No, może mam odrobinę łatwiej.
A ona na to:
- Gdybyś miała dziadka, który się nazywał Idzi Uwijała, to byś wiedziała, że to trudno znaleźć.
Miałam tablet ze sobą, wpisałam do internetu. No, rzeczywiście – imię i nazwisko nietypowe. Ale różne nazwiska są. Po chwili pytam koleżanki:
- To twój dziadek? - i pokazuję zdjęcie ślubne przystojnego młodego oficera i jego żony.
- Czy w ogóle sprawdzałaś w  internecie?

Przeglądałyśmy potem u niej w domu pudła ze zdjęciami. Czy ktoś kiedyś je uporządkuje?

Dziękuję za rozmowę.

Pani Barbara wciąż szuka kolejnych gałęzi swojej rodziny. Jeśli posiadacie informacje, które mogłyby się jej przydać, skontaktujcie się z nią: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

© 2018 Twoje Korzenie w Polsce. All Rights Reserved. • Regulamin